Przychodzi sklep do Pana, czyli przychodzi pracodawca do pracownika i prosi go o przyjęcie propozycji zatrudnienia. O pracę, nie śmie prosić, jeszcze by wystraszył kandydata i starania poszłyby na marne.

Doczekalismy się „rynku pracownika”, tzn. dożylismy czasów, w których bezrobocie w Polsce jest na poziomie 8,5% i ciagle spada. Oznacza to, iż nie pracuje tylko ten co nie chce.

Manager w spódnicy szuka pracownika, z wykształceniem zawodowym, nie wymaga doświadczenia (bo wie, że ten warunek wyeliminował by tych, co chcą pracować), z nieśmiałością i obawą pisze w ogłoszeniu, iż wymaga znajomości rysunku technicznego. Samochodu służbowego nie oferuje, bo auto pracownik ma już kupiony z 500+, więc jeździ autem rządowym, a nie służbowym. Oferuje spokojną i miłą atmosferę i godzi się na system pracy „strażaka ochotniczej straży pożarnej”, tzn. pracownik przychodzi do pracy wtedy, kiedy ma na to ochotę.

Kiedy udaje się namówić kandydata na rozmowę face to face, to przymyka oczy na odór alkoholu i rozumie, iż kandydat musiał wypić na odwagę. Osoba w randze prezesa prowadzi rozmowę kwalifikacyjną, gdyż z kierownikiem kandydat nie chce rozmawiać. Tylko, że ta rozmowa jest testem dla pracodawcy, a nie dla potencjalnego pracownika. Manager ma okazje sprawdzić swoje zdolności negocjacyjne i umiejętności komunikacyjne oraz terepautyczne. Przez pierwsze 30 minut musi wysłuchać wszelakie bolączki i opinie dotyczące poprzednich pracodawców. Jak to wymagali pracy 8 h dziennie, narzucali normy i zadania, mieli czelność potrącać kasę za błędy  w pracy i nie tolerować rozmów przez komórkę w czasie trzymania szlifierki. Oczywiście priorytetem w trakcie rozmowy są pieniądze. Pensja dwukrotnie przebija wynagrodzenie inżyniera. Manager się godzi. Zgadza się na wszystko i modli się w duszy, aby kandydat chciał pracować i nie uciekł na zwolnienie lekarskie. Żeby w ogóle przyszedł do pracy od poniedziałku.

Tak niestety wygląda dziś rynek pracy, rynek firm produkcyjnych, w których największy odsetek załogi stanowią osoby z wykształceniem zawodowym. Likwidacja szkół zawodowych, niż demograficzny, wygórowane ambicje społeczeństwa i brak świadomości spowodował, iż 20 ostatnich lat kształciliśmy magistrów, którzy dziś zapełniają urzędy pracy. Na emerytury wysłaliśmy gro doświadczonych brygadzistów, mistrzów, nauczycieli praktycznej nauki zawodu. W efekcie pracodawca jest „długotrwale poszukującym pracownika”, a pracownik wykwalifikowany stał się „towarem deficytowym i eksluzywnym”.

Rynek wschodni czy emigranci, nie są rozwiązaniem. Do tego wszystkiego mamy bardzo niesprzyjające prawo oraz brak systemu wspierającego przedsiębiorstwa, tzn. w ogóle go nie ma. Wspieramy dziś firmy innowacyjne. Bardzo dobrze. Tylko że wyobraźmy sobie patent, który nalezy wdrożyć do produkcji. Kto tę produkcję wykona??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *